Przychodzi baba do fryzjera…

Moje włosy pamiętają dużo. Pamiętają czasy paleolitu, to znaczy minimalnej pielęgnacji i brak świadomości tego, co na moją czuprynę kładę. Moje końcówki pamiętają więcej, niż włosy na wysokości ramion, dając niekorzystne świadectwo wszystkiego, co się z nimi działo.

Do tej pory podcinałam je sporadycznie. Już lata temu nauczyłam się, że bez włosów przynajmniej do połowy pleców to jak dla mnie bez ręki lub nogi. Ostatnie drastyczne cięcie przeszłam końcem drugiej klasy w liceum i krótkich włosach do ramion cierpiałam tak strasznie, że uznałam: nigdy więcej. Przerzuciłam się podcinanie tylko najbardziej zniszczonych, spuszonych końcówek, które przypominały zużytą miotłę. I oczywiście, zawsze podcinałam w domu.

Fryzjerów nigdy nie lubiłam. Jakoś zawsze miałam wrażenie, że nie umieją podejść do tego, co mi na głowie rośnie. Pamiętam, jak przed studniówką miałam ochotę raz mieć na głowie coś innego, coś, czego sama w domu nie zaplotę. Wydawało mi się, że moje długie do pasa włosy dają więcej niż dość możliwości. Fryzjerka, znajoma mamy, rozczarowała mnie zupełnie – zasugerowała jedynie spięcie przednich pasm z tyłu głowy i zakręcenie ich na lokówce. Nic nowego.

I tak by się toczyło to moje unikanie fryzjerów, gdybym nie zdała sobie sprawy, że mimo regularnego podcinania, moje włosy nadal wyglądają jak wyschnięty krzak. Pomyślałam, że być może zwyczajnie i trywialnie mam w domu tępe narzędzie zbrodni – używanie nienaostrzonych nożyczek tylko dodaje zniszczeń, miażdżąc, zamiast eliminować wymęczone końce.

I tak dzisiaj trafiłam do fryzjera.

Nastawiłam się na utratę przynajmniej kilku centymetrów i, w ogólnym rozrachunku, wcale nie żałuję, bo włosy wyglądają dużo lepiej bez tej miotły na końcu. Ale z salonu wyszłam z nietęgą miną.

Jestem raczej indywidualistką i brak rozmowy mnie nie krępuje. Mimo wszystko dziwnie siedziało się w absolutnej ciszy, bo Fryzjerka nie była zbyt rozmowna. Zagadałam, od tak, dla interakcji międzyludzkiej. O tym, że w sumie dawno u fryzjera mnie nie było, i dlaczego, o tym, jak wredne i kapryśne są moje włosy. Zapytała, czy używam odżywek.

- Owszem, ale wolę maski. Odżywki są dla moich włosów zbyt lekkie.

- Ale przecież maski stosuje się tylko raz w tygodniu.

Przebąknęłam coś o tym, że raczej używam siemienia lnianego i tego typu rzeczy, bo moje włosy nie lubią detergentów. Nie chciałam się spierać, że dopiero po długich miesiącach nakładania treściwych masek moje włosy odżyły, a metoda raz na tydzień+odżywka nie dawała żadnych efektów, bo tak wygłodzona była moja czupryna. O problemach tarczycowych, które moje włosy osłabiają, nie wspominałam. Zamilkłam, bo przecież nie będę uczyć ojca dzieci robić.

Włosy podcięto mi fajnie. Nie mogę powiedzieć, że było to szybkie cięcie, bach i po sprawie, pieniądze poproszę. Jednak w kilku momentach zamarłam, gdy Fryzjerka zabrała się do czesania i suszenia.

Dobrze, że włosy noszę zawsze upięte (co, nota bene, też Fryzjerkę wyjątkowo zdziwiło z jakiegoś powodu) i dobrze rozczesane, ponieważ inaczej prawdopodobnie skończyłoby się mnóstwem włosów na grzebieniu. Jestem przyzwyczajona do delikatnego rozczesywania od końcówek w górę, a każdy mały kołtun rozplatam palcami. Aż mnie dreszcz przeszedł, jak usłyszałam wyraźnie dźwięk rozrywanego supła.

Potem przyszedł czas na suszenie, i mimo że Pani faktycznie suszyła włosy zgodnie z kierunkiem łusek, uznałam, że chyba za bardzo spieszy się z tym suszeniem. Pomyślałam, że gdybym moje włosy traktowała tak samo, gorącym, niemal parzącym nawiewem z odległości niecałego centymetra (dosłownie) po każdym myciu, to żadna maska by mi nie pomogła ich odratować. Zacisnęłam zęby i swoje odczekałam. Cieszyłam się, że na dworze jest ciepło, bo mimo ekstremalnego suszenia długości, skóra mojej głowy i nasada włosów pozostawała wilgotna.

Zapłaciłam, uśmiechnęłam się i powiedziałam, że pojawię się za kilka tygodni lub miesięcy, zależnie od kondycji włosów. Chociaż Fryzjerka uprzejmie mnie zapraszała, nie wiem, czy moje słowa będą miały jakiekolwiek pokrycie.

Myśląc o wszystkim w domu, odpuściłam sobie irytację jej poradami. Ostatecznie, płacą jej za korygowanie kosmetycznych błędów klientek, a ja przecież nie wdawałam się wykład na temat ani mojej pielęgnacji olejami, maskami domowej roboty czy odżywkami, ani nawet tego, jak zaleca ich nakładanie producent (co 3-5 dni, swoją drogą). Nie wiem jednak, czy jako osoba wyjątkowo przewrażliwiona na punkcie tego, czego moje włosy tak bardzo nie lubią, zdecydowałabym się nawet na sporadyczne serwowanie im znienawidzonego gorącego nawiewu i mokrego czesania, nawet jeśli Pani super poradziła sobie z przycięciem.

Nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem.

Jedno przemyślenie na temat “Przychodzi baba do fryzjera…”

  1. ~Gosia pisze:

    Mam tak samo. Cholera mnie bierze. Wszystko robią na odwal się i nie tak. Od samego mycia, po agresywne suszenie. Do fryzjera idę, by podciąć końce i wyjść z włosami lepszej jakości, a nie z połową wyrwanych.
    Niestety obcinam na równo, bo gdybym cieniowała, to bym dawno korzystała z metody głowa w dół i kucyk.
    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>